Obsługiwane przez usługę Blogger.

Miss Americana w Polsce

by - sierpnia 09, 2024

Ponad 18 lat kariery, 40 piosenek, 11 albumów i towarzyszących im er zamknięte w 3,5 godzinnym show. Taylor Swift po raz pierwszy w historii odwiedziła Polskę. Zagrała tu trzy koncerty, dzień po dniu - 1., 2. i 3-go sierpnia. Koncert miał miejsce na Stadionie Narodowym, który już w czasie supportu (grupa Paramore) wypełniony był po brzegi. Dobre nagłośnienie w tym miejscu przytrafia się może raz, dwa w życiu. Niestety, to nie był ten raz. Ale od początku.

Punktualnie o 19.30 rozpoczęło się trwające 3.5 godziny show, podczas którego czas odmierzały nie minuty, a następujące po sobie ery. Na scenie pojawiają się tancerze nad którymi powiewają peleryny imitujące różowe muszle. Taylor uwielbia bawić się kontekstami, a w jej muzyce nie ma przypadków - okazuje się bowiem, że ten konkretny rodzaj istnieje naprawdę i nazywa się, jakby inaczej Swiftopecten swiftii. „What if I told you I'm a mastermind” – Taylor śpiewa na albumie „Midnights”. I chyba rzeczywiście ma rację. Tradycyjnie już początkowej części koncertu towarzyszy także specjalne intro, gdzie ukryte są wyśpiewane lub wymówione nazwy wszystkich 11 wydanych do tej pory albumów Taylor, w tym najnowszego, który ukazał się 19 kwietnia tego roku, „The Tortured Poets Department”.

Taylor Swift na scenie podczas koncertu w ramach trasy The Eras Tour na Stadionie Wembley, 21 czerwca 2024. fof. Kevin Mazur/Getty Images dla TAS Rights Management

Pojawia się, wyjeżdżając spod sceny na specjalnej platformie. Choć siedzę daleko, bo na najwyżej położonym sektorze, blask kryształów pokrywających pomarańczowo-różowowy kombinezon i kozaki na obcasie widać nawet stamtąd. Na początek skrócona wersja "Miss Americana & a Heartbreak Prince" z albumu „Lover”. To pierwsza w kolejności era, która rozpoczyna koncerty z The Eras Tour. Następnie słychać już intro do "Cruel Summer", a Taylor wymachuje dłonią i dodaję "Siema!" - tłum szaleje. Gdy utwór zbliża się do bridge'a, Taylor pyta "I have a question - does anybody know the lyrics to this bridge? Prove it!". Te słowa to już niemalże stały element koncertów z tej trasy, doskonale wyćwiczone i wyuczone na pamięć pewne elementy mi osobiście odbierały autentyczności i spontanicznego charakteru. Jednak przy takiej skali zrozumiałe jest to, że nie ma miejsc na pomyłki, a wszystko ma chodzić jak w zegarku. I tak się dzieje. Tego właśnie wymaga trasa, która w całości składa się z 149 koncertów.
 
Erę "Lover" kończy tytułowa piosenka, która poprzedzona jest krótką przemową Taylor. "Warszawo, witajcie na Eras Tour", mówi niczym rasowa Polka, a tłum wpada w szał, doceniając, że gwiazda chciała nauczyć się paru zwrotów po polsku, choć wcale nie musiała tego robić. I mimo, że byłam w życiu na setkach koncertów, muszę przyznać że ogromną siłą artystki jest jej umiejętność łączenia się z fanami, nie tylko poprzez muzykę i teksty, ale szczególnie na koncertach, gdzie dużo mówi, wychwala tłum, wyraża swoją wdzięczność i to wszystko wywołuje wrażenie że tak właśnie jest - to są jej emocje i wszystko jest tu bardzo autentyczne. Nie wiemy na ile jest to prawdą, ale Taylor wygląda jakby po prostu miała w tym wszystkim ogromny fun – uśmiecha się, mówi do fanów, łapie z nimi kontakt wzrokowy. Momentami wydaje się zwyczajna, zupełnie nie jak największa w tym momencie gwiazda w muzyce popularnej, która wywróciła przemyśl muzyczny do góry nogami. Po erze "Lover" Taylor pyta: "Czy chcecie wrócić ze mną do liceum?" - czas na beztroskę ery "Fearless". Tay w złotej sukience i kowbojkach, z gitarą biega po scenie, a mi patrzenie na to daje mnóstwo czystej, zwykłej radości, którą najbardziej wyczuwam śpiewając słowa do "Love Story".
 
Przygotowana przez wcześniejsze śledzenie "programu" koncertów Taylor doskonale wiem, że przyszedł czas na utwory z albumu "Red" czyli płyty, na której Taylor częściowo pożegnała się z country, a zaczęła wkraczać do świata popu. "22", "We Are Never Ever Getting Back Together", "I Knew You Were Trouble" porywają do beztroskiego tańczenia i wspólnego śpiewania w myśl "everything will be alright if we just keep dancing". I przychodzi pora na 10-minutową wersję "All Too Well", którą Taylor nagrała ponownie, 9 lat po wydaniu płyty "Red", dodając do oryginału dodatkowe 7 minut. I to mój pierwszy prawdziwy moment zachwytu tego wieczoru. Zespół schowany gdzieś z tyłu, bez tancerzy, bez całej tej otoczki. A na scenie tylko ona i te momenty, gdy Taylor stoi sama na scenie z gitarą albo siedzi przy pianinie to były chwile, kiedy można bardzo dobrze poczuć, że za tą kobietą stoi prawdziwy talent i tona charyzmy.
 
Po erze "Red" krótki fragment z jej drugiej płyty, "Speak Now" czyli skrócona wersja "Enchanted", a później gdy na scenie gaśnie światło, a w tle słychać syk węży, doskonale wiadomo już, że przyszedł czas na "reputation". Płyta ukazała się w 2017 roku, była to jej odpowiedź na konflikt z Kanye Westem i Kim Kardashian oraz na napływające oskarżenia, które postawiły ją (jak się później okazało niesłusznie) w pozycji fałszywej i spragnionej sławy i rozgłosu kłamczuchy. Taylor wychodzi na scenę w czarnym kostiumie z czerwonymi wężami i słyszymy pierwsze dźwięki "... Ready for It?". Krzyki ekscytacji z trybun obok sprawiają wrażenie, że, przynajmniej do tego momentu, to najbardziej wyczekiwana część koncertu. Po łącznie czterech utworach kończy ją "Look What You Made Me Do".
 
Taylor ponownie znika ze sceny, a scenografię ery "rep" zastępuje słynna cabin, czyli chatka ery pandemicznej płyty "folklore" i jej siostrzanej następczyni, "evermore". Na scenie „wyrastają” sztuczne (ale bardzo przekonujące) drzewa, a Taylor wyśpiewuje pierwszy utwór czyli "Cardigan". Ten set łącznie obejmuje 8 piosenek i to zarazem najbardziej spokojna, romantyczna i balladowa część koncertu. Po "Champagne Problems" Taylor otrzymuje ponad 3-minutowe owacje, a potem z wyczuwalną wdzięcznością mówi: "Kocham Was!". Wspaniała rzecz dzieje się też przy "Willow", kiedy w tłumie można zobaczyć mnóstwo rozświetlonych latarkami nadmuchanych balonów imitujących błyszczące kule, które na scenie trzymają tancerki. To jedna z kilku akcji specjalnych organizowanych przez polskich Swifties. Kolejnym było utworzenie na trybunach polskiej flagi z podświetlanych karteczek.
 
Kolej na następną erę czyli erę "1989", którą zwiastuje doskonale znane intro piosenki "Style". Taylor pojawia się na scenie w kolejnej stylizacji - brokatowym topie i spódniczce mini w dwóch różnych kolorach. I mamy przebój za przebojem, hit za hitem. Po kolei cały stadion wyśpiewał słowa do piosenek: "Style", "Blank Space", "Shake It Off", "Wildest Dreams" i "Bad Blood". 
 
Znów zapada ciemność, na wybiegu sceny ląduje wizualizacja autostrady, na scenę wchodzą tancerze ubrali w białe stroje, niczym pacjenci szpitala psychiatrycznego. W tle podkład dźwiękowy, który brzmi jak połączenie czegoś, co jednocześnie mogłoby być koszmarem albo zapisem odgłosów z wyżej wspomnianego miejsca. Przed nami kolejna era - najnowszej płyty "The Tortured Poets Department", która ukazała się 19 kwietnia tego roku i jest najnowszym segmentem koncertów Taylor Swift, nazywanym także "Female Rage: the Musical". Tak też odbieram tę erę - mamy tu zarówno "But Daddy I Love Him", gdzie Taylor wyrzuca, że nikt nie ma prawa kwestionować jej osobistych decyzji, ani decydować z kim może, a z kim nie może być - to manifest pod tytułem "Ja najlepiej wiem, co jest dla mnie dobre i nikt poza tym". Podobny motyw jawi się we "Who's Afraid of Little Old Me?". Tą piosenką Taylor opisuje ciemną stronę przemysłu muzycznego, porównując go do cyrku/przytułku, w którym przez lata przystosowywano ją do życia i działanie wedle ustalonego modelu. Tylko że tym razem już nikt nie będzie miał nad nią kontroli - "I'll Sue you if you step on my lawn" - ostrzega. Później "Down Bad", "Fortnight", "The Smallest Man Who Ever Lived", w którym scena zamienia się w pole bitwy, a Taylor mimo wywieszenia białej flagi zostaje "potrzelona", jak również tancerze, który kroczą za nią, grając na werblach w strojach niczym żywo wyjętych z czasów wojny secesyjnej. Taylor upada na scenie, chwilę przed nią także i wszyscy tancerze – światła przygasają, na scenie pojawiają się tancerze ubrani w kabaretowe stroje. Podnoszą Taylor, zmieniają jej ubranie na brokatowy komplet i "wypychają" na scenę, a ona natychmiast wchodzi znów doskonale w rolę performerki. W końcu "I Can Do It With a Broken Heart"... To piosenka o przetrwaniu w trudnych momentach, kiedy świat wali ci się na głowę, ale ty nie możesz dać tego po sobie poznać. Występ w kabaretowym stylu Taylor kończy słowami "Try to come for my job!".
 
I następnie najbardziej kameralny i intymny moment - przed nami Taylor w akustycznym segmencie z tzw. suprise songs (to jedyny zmienny element całego setu). Na początek mashup "Today Was a Fairytale" z płyty "Fearless" i "I Think He Knows" z "Lover". Później Taylor przesiada się na pianino, by zagrać "The Black Dog" z najnowszej płyty wraz z "exile" z albumu "folklore". Ten set, choć najbardziej uwypukla jej talent, najbardziej podkreśla też, że pozbawione całej tej otoczki utwory, ograniczone tylko do wokalu i jednego instrumentu zamiast tworzyć spójną całość, zlewają się w bezbarwną masę, w której równie dobrze znaleźć się mogły zupełnie inne utwory i nie zrobiłoby to praktycznie żadnej różnicy.
 
Czas na ostatnią erę "Midnights". To mój ulubiony album Taylor, od którego rozpoczęłam przygodę z jej twórczością. To płyta nocy, mroku, tajemnic, przemyśleń i to też najbardziej osobisty album artystki. Na początek "Lavender Haze", później wielki hit "Anti-Hero". Później wszystko nieco zwalnia przy "Midnight Rain", podczas którego Taylor przebiera się w charakterystyczne granatowe body. Czas na "Vigilante Shit" inspirowany burleską. Później "Bejeweled", "Mastermind", a na koniec charakterystyczny już utwór kończący koncerty The Eras Tour czyli "Karma". Cały stadion błyszczy, że sceny wystrzeliwują sztuczne ognie, a Taylor przedstawia swój zespół, chórki i tancerzy. Dziękuję, macha i kłania się nisko, zjeżdżając na platformie pod scenę. Konfetti pokrywa cały Stadion Narodowy, widownia szaleje. The end.
 
Przyznam, że po koncercie stałam się jeszcze większą fanką Taylor - to niesamowite jak potrafi ona jednoczyć publiczność, a jej autentyczność, dbałość o każdy szczegół i zaangażowanie są naprawdę godne podziwu. To pokaz prawdziwej siły jaka tkwi w Taylor Swift - jej charyzmie, talencie, połączeniu z fanami. Nie ma cenniejszego składnika dobrego koncertu niż ta niezwykła energia między artystą a fanami, a tu było tego mnóstwo. Każdy kto nie rozumie fenomenu Miss Americany z pewnością zmieni zdanie po doświadczeniu koncertu z trasy The Eras Tour, pokazie niekwestionowanie największej siły na rynku muzycznym i we współczesnym show businessie.

You May Also Like

0 Comments